Data publikacji:

"Tajemnica Bożego Narodzenia"

"Tajemnica Bożego Narodzenia"

Z opowieści o stworzeniu człowieka niewiele wiemy jak wyglądało życie przed upadkiem. Pamiętam, że też przez bardzo wiele lat nie zwracałem uwagi na szczegóły opisu stworzenia. Kiedy jednak już zauważyłem, to okazały się bardzo przydatne w praktyce. Chodzi mi konkretnie o moment, w którym Bóg przyprowadza do Adama zwierzęta i daje człowiekowi zadanie nazwania ich. Mogłoby się wydawać, że to tylko fragment fabularyzacji, czy dodania szczegółów historii w celu pobudzenia wyobraźni. Mam jednak wrażenie, że ten fragment nie znalazł się tam przypadkowo.

Autorzy
Udostępnij

Z opowieści o stworzeniu człowieka niewiele wiemy jak wyglądało życie przed upadkiem. Pamiętam, że też przez bardzo wiele lat nie zwracałem uwagi na szczegóły opisu stworzenia. Kiedy jednak już zauważyłem, to okazały się bardzo przydatne w praktyce. Chodzi mi konkretnie o moment, w którym Bóg przyprowadza do Adama zwierzęta i daje człowiekowi zadanie nazwania ich. Mogłoby się wydawać, że to tylko fragment fabularyzacji, czy dodania szczegółów historii w celu pobudzenia wyobraźni. Mam jednak wrażenie, że ten fragment nie znalazł się tam przypadkowo.

W czasie adwentu czytamy z córkami niesamowitą opowieść napisaną przez Josteina Gaardera - „Tajemnica Bożego Narodzenia”. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, ponieważ fajnie jest odkrywać tą historię dzień po dniu, rozdział po rozdziale. Książka jest pomyślana w formie kalendarza adwentowego i myślę, że warto tak ją odkrywać. Chciałbym jednak przytoczyć ciekawą rozmowę, którą miałem podczas naszego wieczornego czytania.

W opowieści z dnia na dzień dołączają się nowi podróżnicy - aniołowie, królowie, pasterze i owce. Te ostatnie stały się przedmiotem zainteresowania mojej młodszej córki. Dzień wcześniej stadko liczyło trzy owieczki i baranka. Jednak okazało się, że tego dnia rozdział został zatytułowany „Piąta owca” co wywołało konsternację. Jeśli jeszcze nie widzisz problemu pocieszę Cię, że ja w tym momencie też nie widziałem. Dopiero po dopytaniu dowiedziałem się, że to co nie pasowało to ilość - miała być piąta owieczka (jedna), a dopiero były trzy! Mojej spostrzegawczej dziewczynie nie zgadzała się matematyka. Kiedy już udało nam się problem nazwać, próbowałem wytłumaczyć, że słowo „owca” w sumie ma dwa znaczenia. Po pierwsze jest nazwą gatunku zwierząt, ale oznacza również osobnika płci żeńskiej tego gatunku. Nie było łatwo wytłumaczyć. Zajęło to dobrych kilka minut i musieliśmy to sobie narysować.

Przytoczyłem tą historię i historię z Edenu, bo mam wrażenie, że zbyt często umyka nam jak istotne jest poprawne nazywanie rzeczy czy zjawisk. Jeśli nie posiadamy nazw, to nie będziemy potrafili skomunikować się na jakiś temat. Jeśli nazwy będą nieprecyzyjne, możemy mieć problem w uczeniu się o otaczającej nas rzeczywistości, czy też w komunikacji między sobą jak w przykładzie z owieczkami. W dalszej części chciałbym zająć się dwoma terminami - wiarą i religią. Patrząc na szybko zdawać by się mogło, że tak naprawdę oznaczają to samo. I przez wiele lat dokładnie tak to postrzegałem.

Protestantyzm w wersji którą poznałem kładł bardzo duży nacisk na osobisty aspekt wiary. Myślę, że w celu uwypuklenia tego akcentu pojawia się stwierdzenie, że chrześcijaństwo to nie religia. Pisząc ten artykuł znalazłem nawet książkę, która nazywa się “Chrześcijaństwo to nie religia” autorstwa pastora Kościoła Chrześcijan Baptystów. Nie czytałem, więc i na jej temat się nie wypowiem. Bardziej chodzi mi o zwrócenie uwagi, że to co słyszałem nie jest odosobnionym przypadkiem, tylko większym trendem albo może nawet narracją. Możliwe, że dla osoby, która wychowała się w religijnym środowisku taka przeciwwaga może być potrzebna. O ile jednak jeszcze kilkanaście lat temu umiałbym zrozumieć uogólnienie, że większość ludzi w Polsce wychowała się w religijnym kraju, to obecnie nie umiem sobie takiego założenia wyobrazić. Jesteśmy świadkami wielu lat dyskredytowania chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej, coraz więcej ludzi deklaruje się jako osoby niewierzące, a miejscami panuje trend wypisywania dzieci z zajęć religii w szkole.

Jeśli spojrzymy na historię człowieka z perspektywy wieczności, to ten aspekt indywidualny pojawi się najwyraźniej. Dowiadujemy się bowiem, że cała moja wieczność zależy od pojednania się z Bogiem. To ten moment nazywamy nawróceniem się. Jeśli do tego dodamy, że Jezus odchodząc dał nam misję czynienia uczniami, czyli przyprowadzania ludzi do tego właśnie pojednania, to jasnym staje się dlaczego tak mocno stawiamy akcent na wierze. Jest jednak też drugie znaczenie, które ma często negatywny wydźwięk. Jeśli postawimy słowo „wiara” koło słowa “wiedza”, to okazuje się że wiara jest od niej gorsza a momentami wręcz jest naiwnością. Mam jednak przeczucie, że nie o naiwność chodziło Bogu kiedy chciał żebyśmy pojednali się z nim i Mu zaufali. Wspomniałem już, że we współczesnym świecie zaufanie do kościoła zostało dość mocno nadwyrężone. Nie dziwmy się w takim razie, że często mówienie, że ktoś “ma uwierzyć” może być odbierane jako namawianie do porzucenia myślenia. Jest jeszcze jeden głębszy aspekt, który prawdę mówiąc dość mocno mnie dziwi. Przeciwstawiając wiarę religii i robiąc uproszczenie, że jedno jest dobre a drugie złe, mówimy w połowie to samo co Mark Twain w stwierdzeniu, że „religia powstała wtedy kiedy pierwszy oszust spotkał pierwszego głupca”, czy też z jeszcze gorszym, mówiącym o religii jako środku zaburzającym postrzeganie rzeczywistości. Chociaż nie o tym myślimy zachęcając do uwierzenia.

W liście do Hebrajczyków możemy znaleźć definicję wiary. W tłumaczeniu do niedawna najczęściej używanym w kościołach do których chodziłem (Biblia Warszawska) możemy przeczytać na początku 11 rozdziału, że „[…] wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy.” Wiara jest pewnością, co podważa zrozumienie wiary jako niepełnej pewności. Przez długi czas szukałem innych słów w które można by ubrać ten koncept. Kiedyś trafiłem w internecie na słowa Viktora Frankla, twórcy logoterapii, czyli w dużym uproszczeniu terapii skupionej na poszukiwaniu sensu. Pochodzi ona z książki “Bóg ukryty”. „Już Albert Einstein stwierdził, że być religijnym to znaleźć odpowiedź na pytanie: „Jaki jest sens mojego życia?”. Jeżeli przyznamy mu rację, możemy zdefiniować wiarę jako ufność w ostateczny sens.” Te dwie definicje wiary moim zdaniem dość dobrze współgrają ze sobą, zwłaszcza jeśli zauważymy, że nasza wiara w to, czego się spodziewamy, jest oparta na wiarygodności Boga. Oczywiście w tym miejscu pojawi się prawdopodobnie problem zła, jednak ze względu na to, że to też dość długa opowieść nie chciałbym się na niej tym razem skupiać. List do Hebrajczyków zaczyna się słowami potwierdzającymi właśnie tą wiarygodność Boga: „Wielokrotnie i wieloma sposobami przemawiał Bóg dawnymi czasy do ojców przez proroków; Ostatnio, u kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył.” (Hbr. 1:1-2)

W ten sposób od indywidualnej wiary przechodzimy płynnie do pytania o najbardziej wiarygodną opowieść o tym świecie. Według autora Listu do Hebrajczyków jest nią ta opowieść ciągnąca się przez Stary Testament i znajdująca ostateczne wypełnienie we wcieleniu Jezusa. W dzisiejszych czasach chyba głównym jej konkurentem jest dość uproszczona opowieść „naukowa”. Uproszczona, bo zdawać by się mogło, że rozwiązała wszystkie główne problemy i do dogrania pozostały już tylko szczegóły. Kiedy jednak przyjrzymy się dokładniej okazuje się, że na część pytań istotnych dla niektórych osób odpowiada „nie wiem, ale kiedyś się dowiemy”. Takimi pytaniami jest chociażby to o początek świata. Jedna z prób odpowiedzi mówi, że powstanie czegoś z niczego jest nieskończenie mało prawdopodobne. Jednak jeśli weźmiemy nieskończenie dużo czasu to ta nieskończenie mała szansa spowodowała, że nasz wszechświat zaistniał. Jest z tym dość duży problem, ponieważ czas bez niczego nie istnieje. Żeby istniał czas potrzebna jest zmiana, żeby była zmiana coś musi być. Są więc i dalsze próby odpowiedzi, takie jak to, że wszechświat jest wieczny. Tyle, że dziwnym trafem nadajemy w takim momencie wszechświatowi atrybut boskości.

Jak widzimy, nauka nie potrafi do końca ubrać w słowa tej części rzeczywistości. I tutaj docieramy do drugiego słowa na którym chciałem się skupić - religii. Nie potrafię aż tak dużo napisać o niej jak o wierze, ponieważ dopiero od niedawna odkrywam, że religia może mieć znaczenie pozytywne. Pisałem o tym w tekście na temat książki „Kiedy wiara oddala od Boga” Andrzeja Molendy i Kamy Hawryszków. To prawda, że niestety ludzie mają tendencje do niezdrowej religijności, która od Boga będzie odciągać a nie zachęcać do poznawania. Nie znaczy to jednak, że każda religijność jest zła. Nawet jeśli nie doprowadzi ona do pojednania się z Bogiem, to jest stabilizującym elementem naszych społeczeństw. Dość dobrze niestety widać to co się dzieje w krajach Europy Zachodniej, gdzie proces laicyzacji rozpoczął się wcześniej niż u nas. Według Słownika Języka Polskiego religia to „zespół wierzeń w siły nadprzyrodzone oraz związanych z nimi obrzędów (praktyk), zasad moralnych i form organizacji społecznej”. Nawet jeśli nie zgadzamy się na te siły nadprzyrodzone i związane z nimi obrzędy, to religia ma pozytywny wpływ przez utrzymywanie zasad moralnych. Ktoś może się oburzyć, że przecież skompromitowane kapłaństwo nie powinno narzucać zasad moralnych. Ale czy nie podobnie było za czasów Jezusa? W 23 rozdziale Ewangelii Mateusza w 3 wersecie możemy przeczytać zaskakujące słowa o faryzeuszach: „Wszystko więc, cokolwiek by wam powiedzieli, czyńcie i zachowujcie, ale według uczynków ich nie postępujcie; mówią bowiem, ale nie czynią.”

Tomáš Halik w książce „Czas pustych kościołów” napisał bardzo ciekawe spostrzeżenie odnośnie religii. „Podstawowym budulcem religii i sztuki są symbole. Sztuka i religia przez mowę symboli starają się wyrazić niewyrażalne i przedstawić nieprzedstawialne.” To czego nauka nie potrafi ubrać w słowa, religia próbuje pokazać za pomocą symboli. I jeden z takich symboli stoi właśnie przed nami - Boże Narodzenie. Oczywiście można się kłócić czy to przejęte pogańskie święto, czy też nie; oraz o to kiedy dokładnie urodził się Jezus i dlaczego nie wtedy kiedy obchodzimy Jego urodziny. Tylko czy o to właśnie chodzi w nadchodzących świętach? Wydaje mi się, że niekoniecznie. Jest to raczej czas wspominania tego jak Bóg wszedł do naszej historii, wdzięczności za to co zrobił, oraz czas oczekiwania na ponowne spotkanie się z Nim. Ostatnio podobno na religii u tej samej córki pani katechetka powiedziała, że „jak ktoś jest niewierzący to nie powinien mieć choinki”. Z jednej strony rozumiem chęć chronienia świętości. Czy jednak takie zachowanie nie jest przeciw skuteczne? Wiadomo, że dla części zostanie to tylko kawałkiem fajnej tradycji. Ale ktoś stykający się z choinką, prezentami, czasem większej wrażliwości może zada sobie kiedyś pytanie i zacznie zgłębiać aspekt indywidualny? Wydaje mi się, że w takim właśnie znaczeniu religia jest nam potrzebna żeby być drogą do osobistej wiary.

Udostępnij