- Data publikacji:
Słuchanie

Profesor Jerzy Bralczyk w wykładzie pt. „Jak mówić, żeby nas słuchano?” zrobił rozróżnienie, nad którym chciałbym się przez chwilę pochylić. „\[...\]słuchać to ma dwa znaczenia. Słuchać, czyli tak słuchać, jak się słucha muzyki. No i słuchać, czyli być posłusznymi. Niektórzy różnicują to dodając do czasownika użytego w tym drugim znaczeniu zaimek zwrotny „się”.”
- Autorzy
-
-
- Imię
- Kacper Tymiński
- @nadwazkosc.blog
-
Profesor Jerzy Bralczyk w wykładzie pt. „Jak mówić, żeby nas słuchano?” zrobił rozróżnienie, nad którym chciałbym się przez chwilę pochylić. „[…]słuchać to ma dwa znaczenia. Słuchać, czyli tak słuchać, jak się słucha muzyki. No i słuchać, czyli być posłusznymi. Niektórzy różnicują to dodając do czasownika użytego w tym drugim znaczeniu zaimek zwrotny „się”.”[1]
Domyślam się, że to co napiszę za chwilę zwłaszcza u części odbiorców nie spotka się z pozytywnym przyjęciem. I zdecydowanie to rozumiem. Sam pamiętam jak jeszcze jakiś czas temu nie podobało mi się jak słyszałem podobne zdanie z ust innych osób. Później jednak zacząłem mierzyć się z wychowaniem dzieci i zacząłem coraz lepiej rozumieć, że między wysłuchaniem a wysłuchaniem istnieje znacząca różnica.
Pierwsze wysłuchanie jest bez wspomnianego przez prof. Bralczyka zaimka zwrotnego. Generalnie staram się w ten sposób słuchać moich dzieci. I chociaż uczę je, że nie wszystko co się chce to można, to nadal ich świat jest na tyle idealistyczny, że nie zawsze zauważają, że posiadamy ograniczone zasoby i możliwości. Ostatnio w majówkę rozmawialiśmy o tym, że nie wszystko jesteśmy w stanie kupować, bo wydając nasze pieniądze na jedno, tracimy inne możliwości. Ale to nie tylko dziecięca sprawa. Całe życie uczymy się (mam nadzieję) ustawiania swoich priorytetów. Pomio tego, że ostatecznie wydaje mi się, że nastąpiło zrozumienie, to początkiem były negatywne emocje i pewien rodzaj zawodu. Jednak to nie te rozmowy skłoniły mnie do napisania tego tekstu, ale pewien spot wyborczy i książka którą aktualnie czytam. I w obu miejscach, mam nadzieję niesłusznie, mam wrażenie gry na emocjach.
Jako pierwszym chciałbym zająć się spotem wyborczym jednego z kandydatów na prezydenta. Celowo nie podaję o którego kandydata chodzi, ponieważ nie chodzi mi o agitację wyborczą, ale o słowa. Bardzo zgrabna wypowiedź przechodzi z przesłania, że ważniejsze jest działanie od mówienia do kwestii słuchania. Pan kandydat prosi o zaufanie i przedstawia siebie jako osobę której można zaufać, bo „potrafi nie tylko słuchać, ale też usłyszeć.” Te słowa zdają się sugerować właśnie rozróżnienie od którego zacząłem - słuchania i słuchania się. Jest w tym miejscu zawarta obietnica, że nasze chęci zostaną wysłuchane i jeszcze dodatkowo wdrożone w życie. Tymczasem gdzie jak gdzie, ale w polityce zdecydowanie mocno widać, że jest drastyczna różnica między chęciami i możliwościami. Niemal każda kampania jest o tym, jak ci źli co są u władzy „nie dowieźli”.
Drugi przykład który pobudził mnie do przelania swoich przemyśleń „na papier” jest książka której celowo nie wymienię bo jeszcze nie doczytałem. To samo odczucie które towarzyszyło mi przy oglądaniu wyborczego spotu pojawiło się kiedy dyskutowana jest kwestia osób skrzywdzonych w kościele. Zdecydowanie jestem za tym, aby każdej potrzebującej osobie pomagać. Jest z tym jednak garść problemów. Część świata w kórym żyjemy wytworzyła pewną kulturę licytowania się na to kto ma gorzej i komu trzeba pomóc. W takich warunkach powtarzanie o konieczności wysłuchania daje śmiałość takim skrzywdzonym grupom na głoszenie jak rzeczywistość powina wyglądać. I o ile postulaty często są słuszne, to wyolbrzymienie jednych problemów kosztem innych może prowadzić do złego ustawiania priorytetów.
Pamiętam sytuację, jak kiedyś jechałem na rowerze i zobaczyłem człowieka przejeżdżającego w środku Warszawy na czerwonym świetle. Udało mi się go dogonić na następnych światłach których nie był w stanie już przejechać i zwróciłem mu uwagę, że przez tego typu zachowanie duża część kierowców nie przepada za rowerzystami. W odpowiedzi usłyszałem, że on jest autystyczny i przeszkadza mu moja czerwona mrygająca lampka! I chociaż ja też ze względu na bycie na spektrum mógłbym się z nim zempatyzować, to niestety źle trafił. Już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że nie mogę wymagać od rzeczywistości żeby się do mnie dostosowała i pomimo, że też mam różne nadwrażliwości wiem, że nie mogę wymagać żeby na moje zawołanie wszyscy się zmienili. Dla dobra nas wszystkich lepszym jest żebym to ja znalazł sposoby na swoje problemy. To nie znaczy, że mi to nie będzie przeszkadzać, ale wszyscy musimy ponieść koszty tego, żeby żyło nam się lepiej.
Te pomieszane priorytety niestety poważnie uszkadzają zdolność do dyskusji nad tematami. Jeśli któraś strona dojdzie do wniosku, że „moja racja jest najmojsza” i nie będzie gotowa na krok ustąpić ze swojego miejsca. Przeraża mnie to, że coraz częściej słyszymy propozycje wprowadzenia cenzury! Tak, wiem, oficjalnie chodzi o to, żeby ograniczyć tzw. mowę nienawiści a nie o cenzurę. Problem polega na tym, że danie takiego instrumentu ludziom, którzy swoje zdanie uważają za jedyne słuszne, ich krzywda jest największa i za wszelką cenę będą chcieli domagać się zadośćuczynienia doprowadzi nas do cenzury. Niemożliwe? Pewnie trudno w to uwierzyć, ale w Wielkiej Brytanii więcej osób jest więzionych za złe słowa niż w Rosji. Słyszałem całe życie, że za czasów komuny było źle, bo była cenzura a niestety doczekałem czasów, kiedy sam muszę wymyślać różne związki frazeologiczne żeby napisać o niektórych rzeczach. Póki co tylko ze względu na rządzące algorytmy, ale już zostały podjęte próby wprowadzenia tego samego na poziomie rządowym. W pełni podpisuję się w tym miejscu pod słowami używanymi do opisania postawy Woltera: „Nie zgadzam się z tobą, ale zawsze bronił będę twego prawa do posiadania własnego zdania.”
Zamykamy się przez to w swoich bańkach nie umiejąc rozmawiać z drugą stroną, nie umiejąc się nie zgadzać. A przecież ze względu na różnice interesów, ograniczone zasoby, inne spojrzenie na świat, nie ma szans żebyśmy na tej ziemi byli w stanie w pełni uzgodnić wszystkie kluczowe dla nas sprawy. Wysłuchać to nie zawsze posłuchać się drugiej strony. Marzę, że ludzie zaczną brać trochę większą odpowiedzialność za to co mówią i będziemy w stanie trochę lepiej potrafili żyć koło siebie pomimo różnic które nas dzielą. A może w końcu uda nam się i pięknie różnić i zauważyć, że dzięki temu jesteśmy w stanie pięknie się uzupełniać.
Całość tego wpisu chciałbym zakończyć pewnym obrazem. W swoim życiu dorobiłem się jednego szlachetnego tytułu. Nie raz udało mi się słyszeć tekst typu „Kierowniku! Daj parę złotych.” Wiadomo na co, ale czasem prośba ta pojawiała się wprost, a czasem podawany był powód przykrywka. Taki człowiek prosił o pomoc, a wysłuchać można go na dwa sposoby. Można go wysłuchać i spełnić jego oczekiwania. Tylko, że takie wysłuchanie ma dwa minusy: bez sensu odchudzi mój portfel a jednocześnie utwierdzi proszącego, że metoda na życie jaką przyjął jest słuszna i nie ma co zmieniać, bo przecież działa. Można też go wysłuchać, ale postawić granicę, której on potrzebuje. Okazać empatię, ale zwrócić uwagę, że on sam musi zauważyć swój problem. Tak naprawdę jeśli tego nie zrobi, to jest raczej nikła szansa na poprawę sytuacji. I chociaż ta druga opcja jest trudniejsza, to myślę, że jest słuszna.
PS. Coraz mniej widzę sens jakiegokolwiek wypowiadania się więc i ten tekst czeka na wrzucenie już ponad tydzień. Kandydat którego wspominam w tekście odpadł a książkę już przeczytałem. Myślałem, że trochę poradziłem sobie z demonami przeszłości mówiącymi, że nie umiem mówić i słuchać. I tylko nie wiem, czy to demony przeszłości wróciły, czy prawdę mówi przysłowie, że „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”.