Data publikacji:

Pęknięta na pół

Pęknięta na pół

Z ludzkiego punktu widzenia nie widzę jak moglibyśmy się pogodzić, ale musimy próbować. Może nowe, młodsze pokolenia polityków coś tutaj zmienią. Jednak ci, którzy sami siebie uważają za chrześcijan mają trochę więcej możliwości, ale też i więcej odpowiedzialności.

Autorzy
Udostępnij

Chciałem na chwilę odpuścić sobie pisanie o polityce. Tyle, że niestety dotknięcie tematów społecznych bezpośrednio wiąże się z polityką. Hasło o podzielonej na pół Polsce nie jest raczej kwestionowane. Teraz dyskutujemy, czy granicą podziału jest wschód-zachód, czy może raczej należałoby zaproponować inny podział w zależności od wykształcenia, zamożności czy też miejsca zamieszkania. I tak sobie w najlepsze kłócimy się do tego stopnia, że część osób zaczęła wyżywać swoją frustrację na dziecku. Całe szczęście jeszcze na tyle wystarczyło nam rozsądku, że obie strony potrafią w większości zauważyć, że to dziecko nie jest niczemu winne. Niestety niewiele się zwraca uwagi na to, że uniknęliśmy najgorszego możliwego scenariusza, czyli podważania ważności wyborów. Bo nawet jeśli ten wybór uważamy za bardzo zły i pro-Rosyjski, to nie ma wątpliwości, że podważanie wyborów byłoby jeszcze większym prezentem dla naszego sąsiada. „Nikt na Kremlu, gdzie mamy naszego największego wroga, nie ucieszyłby się bardziej, niż właśnie podważaniem mandatu prezydenta.” (1) Te słowa padły w wywiadzie w Didaskaliach z prof. Antonim Dudkiem, którego raczej trudno posądzać o sprzyjanie obozowi prezydenta elekta.

Będąc przy możliwości podważania ważności wyboru to nie była to obawa bez podstaw. Chwilę wcześniejszych wyborach w Rumunii widzieliśmy unieważnienie pierwszej tury. I tutaj kończy się to w czym się zgadzamy. Jedna strona przyjmuje interpretację, że była to ochrona przed zewnętrzną ingerencją, a druga strona widzi w tym ingerencję elit pro-europejskich w celu odsunięcia niewygodnego kandydata. Za każdą stoją konkretne argumenty a żaden obiektywny sąd nie wydał wyroku. Swoją drogą można zauważyć, że z tymi sądami to nie jest tak łatwo, bo w naszych ziemskich warunkach nie jesteśmy w stanie mieć w pełni obiektywnego sędziego. Każdy ma jakieś interesy i ostatecznie może mniej lub bardziej świadomie wspierać jedną ze stron. Wracając do nas - mieliśmy tak samo w wyborach stronę która nie była wygodna dla elit europejskich jak i stronę która szczerze albo w celu straszenia ludzi - nie mi to oceniać - widzi na wschodzie wroga, który lada dzień nas zaatakuje.

Osobiście myślę, że obie strony sporu mają swoje racje i na swój sposób kierują się dobrem Polski. Strona liberalna widzi przede wszystkim w integracji europejskiej kierunek naszego rozwoju, a blokowanie działań Unii w czasach kryzysu jest dla niej śmiertelnym niebezpieczeństwem. Powód obawy jest przede wszystkim na zewnątrz kraju i wiąże się z tyranem na Kremlu. Strona bardziej konserwatywna z kolei największe zagrożenie widzi w przemianach kulturowych. Widzi w nich upadek wartości a nie rozwój. Obawia się więc emigracji osób odległych kulturowo, ograniczenia możliwości wypowiadania się i relatywizacji moralności która za tym idzie. Zadanie które definiuje ta strona polega na obronieniu naszej wewnętrznej kulturowej spójności wbrew oczekiwaniom Unii. Osobiście wydaje mi się, ze obie z nich za bardzo wyolbrzymiają problem i przez to stają się niezdolne do usłyszenia drugiej opcji. Obawa przed wrogiem zewnętrznym jest na tyle wielka, że jesteśmy gotowi w celu spójności wprowadzić niemal policję myśli. Dodatkowo nosimy w sobie, najczęściej nieświadomie, poczucie że zostaliśmy skrzywdzeni po II Wojnie Światowej przez bycie przypisanymi wbrew naszej woli do bloku wschodniego a nie zachodniego. Z drugiej strony obawa o zmiany kulturowe jest na tyle duża, że jesteśmy gotowi zmuszać drugą stronę do naszych przekonań nawet siłą i nie akceptujemy, że świat dziś nie jest tym samym miejscem co kiedyś i że niezależnie od tego jak bardzo nam się to podoba czy też nie, to Europa nie jest już w pełni Chrześcijańska.

To prowadzi mnie do podejrzenia, że duża część z nas żyje w tzw. dylemacie bezpieczeństwa. Spróbuję go zobrazować. Jeśli widzimy, że istnieje potencjalne zagrożenie, naturalnym jest to, że rozbudowujemy swoje możliwości obronne. Problem polega na tym, że druga strona naszą rozbudowę może zinterpretować jako szykowanie się do ataku. Wtedy ona również musi podnieść zdolności obronne, które z kolei my możemy zinterpretować jako zbrojenie sie do ataku. I tak koło się zamyka i w którymś momencie dochodzi do wyścigu zbrojeń nawet jeśli pierwotnie nikt nikogo nie chciał atakować. Podobnie jest w dziedzinie myśli. Dla przykładu w trakcie kampanii zacytowałem jedno z haseł które padło w telewizji: „Cóż szkodzi obiecać.” Do tego dodałem reakcję, że jest mi smutno. Mój głos z kolei został zinterpretowany jako poparcie konkretnego kandydata. Ale ja go nie popieram i nie popierałem! Jest mi naprawdę smutno, że politycy tak traktują zwykłych ludzi. I to nie tylko z jednej strony, ale z obu. A że akurat tym razem ten konkretny miał śmiałość, czy też zabrakło mu politycznej wyobraźni, że powiedział to na głos, a ja go zacytowałem, spowodowało przypisanie mi konkretnych poglądów.

Czytam teraz książkę „Kozioł ofiarny” Rene Girarda i chociaż odnosi się ona nie do bieżącej polityki to w sumie trudno nie zauważyć zbieżności ze współczesnością. Zacytuję większy fragment, bo trudno mi skrócić go bez utraty sedna myśli.

„Stojąc wobec schyłku formacji kulturowej, ludzie czują się bezradni; ogrom nieszczęścia sprawia, iż tracą głowę. Ale nie przychodzi im na myśl, by zainteresować się przyczynami naturalnymi klęski. Idea, że mogliby, poznając coraz lepiej owe przyczyny, stopniowo wpływać na ich następstwa, jest jeszcze ciągle w stadium embrionalnym.

Ponieważ kryzys jest przede wszystkim kryzysem społecznym, istnieje silna tendencja do tłumaczenia go przyczynami społecznymi, a przede wszystkim moralnymi. Ostatecznie to układy międzyludzkie ulegają rozkładowi, zaś podmioty owych układów nie mogą przecież nie mieć nic wspólnego z tym groźnym fenomenem. Jednak miast ganić samych siebie, poszczególni ludzie przejawiają nieodpartą skłonność do udzielania nagany bądź całej społeczności - co ich do niczego nie zobowiązuje - bądź innym ludziom, którzy wydają się szczególnie niebezpieczni z przyczyn, które łatwo odgadnąć. Zaś podejrzanych oskarża sie o szczególnego rodzaju zbrodnie.” (2)

Stoimy wobec kryzysu kulturowego, preferujemy osądzanie od rozmawiania i wiele rzeczy niepotrzebnie sprowadzamy do walki dobra ze złem. Wszystko się zgadza. Niestety choroba ta dotyka nie tylko zwykłych ludzi, ale co mnie najbardziej boli, dotyczy osób zarządzających kościołem. Powiesz, że może nie jesteśmy podzieleni? Pozwolę sobie, nie dosłownie w celu anonimizacji, przytoczyć reakcje obu stron, które pojawiły się na naszych tablicach. Jedna zarzuca prezydentowi elektowi diabelskie działania. Druga zupełnie na odwrót widzi w nim Bożego pomazańca. O nazywaniu faszystami pisałem w poprzednim tekście. Serio, dziwicie się, że młodzi ludzie odchodzą od kościoła? Że nie widzą w nim nadziei? Co mają zobaczyć jeśli ludzie prowadzący całe społeczności obrażają ludzi, nie powstrzymują języka, plują na innych, widzą w nich demoniczne siły itd. I nie mówię o postaciach typu Artur Ceroński czy Tomasz Dorożała, bo to jest inny wielki temat. Mówię o tych rzekomo normalnych kościołach. Przeczytałem pod jednym z postów zwracających uwagę na to nasze słabe zachowanie, że ludzie plują na siebie w internecie i trzeba im wybaczyć, bo odreagowują emocje. Osoba pisząca te słowa też niestety ma taki sam sposób odreagowywania emocji. I rozumiem, że powinniśmy wybaczyć innym ale dlaczego to pozwala nam zachowywać się tak samo? Czy nie chodziło o to, że my, naśladowcy Chrystusa, mieliśmy robić inaczej? Stawianie tak sprawy prowadzi do narzucającego się i wielokrotnie zadawanego pytania - czym w takim razie różnimy się jako chrześcijanie od reszty świata? A odpowiedź, że tym, że idziemy do nieba jest chyba najgorszą z możliwych, bo dla człowieka z zewnętrz brzmi jak postawa wyższości, co niestety jest dość często smutną prawdą.

Wracając do tematu podziału, myślę, że dobrze byłoby nareszcie zacząć ze sobą rozmawiać. I jest to wezwanie wielokrotnie trudne. Zdecydowanie łatwiej jest zamykać się w bańkach i słuchać tylko tego co poświadcza nasz punkt widzenia. Wszyscy miewamy tendencje żeby tak działać. Tak samo łatwiej jest stwierdzić, że druga strona się myli a to my mamy monopol na prawdę. W końcu łatwiej jest kogoś oskarżyć niż zmierzyć się ze swoimi błędami poznawczymi. I chociaż obie strony szukają na swój sposób prawdy to widać, że bardzo trudno jest pogodzić wszystkie interesy w tych poszukiwaniach. Naukowcy mieli nadzieję wyjaśnić całą rzeczywistość z matematyczną dokładnością. Grupa nowych ateistów wprost formułowała nadzieje, że jeszcze chwila a przyjdzie epoka rozumu i wtedy będziemy szczęśliwi. Świat z kolei miał przypominać jedną wielką utopię. Tyle że, jak dowodzi w „Powrocie fatum” Tomasz Stawiszyński nic takiego się nie stało a zamiast epoki rozumu pojawiły się teorie spiskowe i ezoteryzmy. One też odpowiadają na konkretne potrzeby - przede wszystkim na potrzebę ogarnięcia niesamowitego chaosu informacyjnego. Ciągła niepewność i poruszanie się po świecie w którym nic nie jest pewne staje się z czasem nie do zniesienia. Dlatego prosta wizja, chociaż często z grubymi błędami i absurdalnymi tezami, pomaga poradzić sobie z ciężarem całkowicie zmiennego świata. „W bezsensie sens jest jedynym awansem” jak pisał autor utworu „Jestem bogiem” Paktofoniki. (3)

Bardzo celnie w innym utworze, Piotr Rogucki inspirowany przemyśleniami Nietzschego opisał sedno problemu naukowego poszukiwania.

„Jutro, gdy zabraknie poezji
Jutro, zimne słońce nauki zmrozi krew
Jutro, przestaniemy być piękni
Jutro, lecz dzisiaj ostatni chwalmy dzień!”

Uważam, że dawno temu popełniliśmy wielki błąd skupiając się na poszukiwaniu prawdy jako wartości najważniejszej ze wszystkich. Niestety dotyczy to nie tylko całego świata, ale jako chrześcijanie w moim odczuciu mamy ten sam problem. Raczej większość świata naukowego zgadza się co do historyczności śmierci Jezusa na krzyżu, chociaż oczywiście znajdą się i tacy, którzy twierdzą, że to tylko fantazja i wytwór wyobraźni. Kiedy jednak zaczynamy próbować wejść w szczegóły mam wrażenie, że umyka nam, że to wydarzenie jest nie tylko prawdziwe, ale też i piękne. I tutaj już nie wszyscy jesteśmy w stanie się zgodzić. Jest to o tyle trudniejsze, że tkwi w nas przekonanie, że „o gustach się nie dyskutuje”. Problem polega na tym, że dość istotna jest ocena tego czy krzyż był wydarzeniem pięknym, czy brzydkim. I nie mówię o aspekcie tego jak ludzie potraktowali Boga, tylko jak Bóg potraktował ludzi. Bo w przestrzeni publicznej pojawiają się zarzuty, że Bóg na krzyżu pokazał, że jest tyranem. Nie będę się bardzo długo nad tym rozwodzić, ale na przykład w książce Artura Nowaka i Ireneusza Ziemińskiego pt. „Chrześcijaństwo. Amoralna religia” pada ocena, że przecież współcześnie gdyby jakikolwiek ojciec posłał swojego syna na śmierć to raczej wskazywałoby to na okrucieństwo niż na miłość. Swego czasu Eitan Bar ze służby „One For Israel” napisał krótką książkę odpowiadającą na pytanie „Czy Bóg Ojciec ukarał i zabił Boga Syna?” (5) Nie pomaga to, że w większości nie rozumiemy trójcy i nie jesteśmy w stanie do końca bronić się przed zarzutami o bycie politeistami (wierzymy w trzech bogów mówią niektórzy).

Tymczasem my twierdzimy, że krzyż był nie tylko wydarzeniem prawdziwie historycznym, ale też, że jest wydarzeniem pięknym. Jego piękno wyraża się w tym, że Bóg przekroczył samego siebie. Zamiast oczekiwać od człowieka znalezienia idealnego rozwiązania i bezbłędnego wykonania, sam wszedł w ludzkie ciało i przyszedł pokazać jak wygląda „Boże życie rozgrywające się w warunkach ludzkich.” (6) Lubię osobiście porównywać to do znanego mi zagadnienia, czyli programowania. Pisanie programu, to pisanie całego systemu, który musi być od początku do końca stabilny. Każda niestabilność, czy błąd w reakcji na informacje nazywamy bugami i często bardzo mocno psują nasze doświadczenia z używania konkretnego oprogramowania. Gry są bardzo ciekawym przykładem takich systemów, bo nie tylko w działaniu przypominają cały świat, ale też i są ubrane w taką opowieść. Mamy świat, są NPCty czyli postacie niezależne od nas, jest i nasza postać. Wróćmy do rzeczywistości. Bóg Ojciec stworzył nasz świat. Jego rola jest dość mocno zbieżna z rolą programisty przy pisaniu programu. Różnica polega na tym, że my ludzie nie tworzymy ex nihilo, z niczego, a Bóg stworzył. On od początku przewidział, że ludzie się zbuntują - jeśli ktoś miałby ochotę mogę napisać tekst na podstawie czego tak uważam - oraz od początku znał rozwiązanie. Umieścił w tym świecie znaki pozwalające mu samego siebie rozpoznać a następnie wcielił się w ludzkie ciało Jezusa - w 100% Boga i w 100% człowieka. Ostatecznie to właśnie na krzyżu pokazał, że nie oddaje przemocą za przemoc. Jak odnotowuje autor listu do Efezjan „On bowiem jest naszym pokojem; tym, który z dwojga uczynił jedno, gdy usunął mur podziału, nieprzyjaźń - przez swoje ciało. On zniósł Prawo przykazań [zawartych] w ustawach, aby z dwóch stworzyć w sobie samym jednego nowego człowieka, czyniąc pokój, i obu pojednać z Bogiem w jednym ciele przez krzyż, na którym zniszczył nieprzyjaźń.” (7)

Z ludzkiego punktu widzenia nie widzę jak moglibyśmy się pogodzić, ale musimy próbować. Może nowe, młodsze pokolenia polityków coś tutaj zmienią. Jednak ci, którzy sami siebie uważają za chrześcijan mają trochę więcej możliwości, ale też i więcej odpowiedzialności. „A zatem, jak powiedział lepszy pisarz ode mnie, nasze naśladowanie Boga w tym życiu, naśladowanie świadome w odróżnieniu od podobieństw, którymi nacechował On naszą naturę czy stany duchowe, musi być naśladowaniem wcielonego Boga: naszym wzorem Jezus nie tylko tam na Kalwarii, ale Ten z warsztatu, Ten wędrujący drogami, Ten, którego otaczały tłumy, Ten napastowany przez wrzaskliwe prośby i grubiańską opozycję, Ten, któremu ciągle przerywano, który nie miał chwili spokoju, którego samotność wciąż zakłócano.” (8) Bóg przyszedł zmienić kulturę i zmienił. Grono ludzi, którzy zauważyli przełomową i zdecydowanie wyjątkową rolę chrześcijaństwa jest dość długie, chociaż współcześnie często zapominane i wypierane ze świadomości społecznej. Niestety nie pomagają w tym negatywne przykłady chrześcijan, które opisałem wcześniej. Jasne, rozumiem frustrację. Tylko zupełnie inaczej brzmiałoby stwierdzenie „jestem sfrustrowany/a z tego jak zagłosowali ludzie” a inaczej brzmi wyzywanie drugiej strony od poddanej siłom demonicznym. I piszę to zdecydowanie do obu stron, bo po obu stronach naszych podziałów widzę te same negatywne reakcje. Zostaliśmy wezwani do bycia światłem świata, a swoim zachowaniem często pokazujemy hipokryzję. I to prawda, że jest to rzecz ludzka. Tyle, że twierdzimy, że mamy łatwiej, bo mamy pomoc z nieba. Może warto z niej skorzystać? Bo kultury nie da się wprowadzić siłą. Jedyną opcją na podwyższenie poziomu kultury to pokazać przez przykład, czyli nie mniej, nie więcej - samemu być kulturalnym.

  1. https://youtu.be/q19V-HVg0pw?si=9eFWVu\_n\_9l0LXg2&t=4655
  2. Rene Girarad, „Kozioł Ofiarny”
  3. Paktofonika, „Jestem bogiem”
  4. Coma, „Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców”
  5. Pozycja swego czasu była dostępna na portalu Amazon. Cały tytuł oryginału to „Did God punish and kill God?: Did God the Father punish and kill God the Son?” Artykuł (nie wiem czy cały) można znaleźć na stronie służby pod adresem: https://www.oneforisrael.org/bible-based-teaching-from-israel/god-kill-god/
  6. por. C.S. Lewis, Cztery miłości
  7. List to Efezjan 2:14-16, tłumaczenie EiB
  8. C.S. Lewis, Cztery miłości
Udostępnij